Tak się jakoś złożyło, że ja, Watson i Pokręcona zaczęliśmy Breaking Bad w tym samym czasie. Przyznam, że takie wzajemne nakręcanie się do oglądania było bardzo interesujące. Możliwość na bieżąco dzielenia się wrażeniami, spostrzeżeniami czy zachwytami była bardzo inspirująca. I z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że był to jeden z najlepszych seriali jakie widziałam.
Całkowicie zostałam kupiona przez wykreowane postacie. To jak możemy prześledzić rozwój ich osobowości, zobaczyć jak się zmieniają, dojrzewają... dla mnie to coś wspaniałego. Walter White, który nie zawsze był dla mnie postacią albo lubianą albo nie lubianą, (raczej manewrował gdzieś pośrodku co jakiś czas przechylając szalę to na jedną to na drugą stronę) ale na pewno można mu przyznać, że był postacią zaskakującą. Od cichego nauczyciela chemii w liceum, przeszedł przez różne stadia, by dojść do badass, bezwzględnego mordercy walczącego o swoje. Oczywiście jego motywacją było to, że mając raka chciał zapewnić rodzinie byt, poprzez zarobienie pieniędzy na produkcji metamfetaminy. Dla mnie ciągłe powtarzanie, że wszystko co robi jest dla rodziny wydawało się kłamstwem, które poniekąd miało niweczyć to, że działa po złej stronie prawa. Dlatego cieszę się, że w ostatnim odcinku w końcu stwierdza, że robił to dla siebie, bo czerpał z tego satysfakcje (tak czekałam na to wyznanie!!). Możliwość zarobienia tylu pieniędzy pochłonęła go ponad wszystko. Stał się chciwym, dumnym, ambitnym dupkiem, chcącym uznania. Mimo wszystko, nie można zaprzeczyć, że rodzina była dla niego czymś ważnym. Na końcu zawsze wszystkie pieniądze jakie zarabiał chciał przeznaczyć dla rodziny, którą kochał. I taką rodziną stał się też dla niego jego wspólnik- Jesse Pinkman. Starał się, by nic mu się nie stało (nie obchodziło go jednak najczęściej to, co stanie się z ludźmi w jego otoczeniu), chciał, by był blisko.
Całkowicie zostałam kupiona przez wykreowane postacie. To jak możemy prześledzić rozwój ich osobowości, zobaczyć jak się zmieniają, dojrzewają... dla mnie to coś wspaniałego. Walter White, który nie zawsze był dla mnie postacią albo lubianą albo nie lubianą, (raczej manewrował gdzieś pośrodku co jakiś czas przechylając szalę to na jedną to na drugą stronę) ale na pewno można mu przyznać, że był postacią zaskakującą. Od cichego nauczyciela chemii w liceum, przeszedł przez różne stadia, by dojść do badass, bezwzględnego mordercy walczącego o swoje. Oczywiście jego motywacją było to, że mając raka chciał zapewnić rodzinie byt, poprzez zarobienie pieniędzy na produkcji metamfetaminy. Dla mnie ciągłe powtarzanie, że wszystko co robi jest dla rodziny wydawało się kłamstwem, które poniekąd miało niweczyć to, że działa po złej stronie prawa. Dlatego cieszę się, że w ostatnim odcinku w końcu stwierdza, że robił to dla siebie, bo czerpał z tego satysfakcje (tak czekałam na to wyznanie!!). Możliwość zarobienia tylu pieniędzy pochłonęła go ponad wszystko. Stał się chciwym, dumnym, ambitnym dupkiem, chcącym uznania. Mimo wszystko, nie można zaprzeczyć, że rodzina była dla niego czymś ważnym. Na końcu zawsze wszystkie pieniądze jakie zarabiał chciał przeznaczyć dla rodziny, którą kochał. I taką rodziną stał się też dla niego jego wspólnik- Jesse Pinkman. Starał się, by nic mu się nie stało (nie obchodziło go jednak najczęściej to, co stanie się z ludźmi w jego otoczeniu), chciał, by był blisko.
Jessie okazał się dla mnie zdumiewającą postacią, którą pokochałam od razu. Młody, lekko nie ogarnięty, nie przejawiający wielkiego intelektu (tak bardzo kontrastowy z Whitem!) ćpun. Wchodzi do spółki z Mr White (jak go nazywa przez wszystkie 5 sezonów). To powoduje u niego ogromną zmianę. Dojrzewa, zdobywa wiedzę (nie jakąś obszerną, ale zawsze), zaczyna inaczej patrzeć na świat. Szuka stabilizacji. Fantastycznie jest patrzeć na taką postać, która w świecie brutalów, narkotyków, morderstw przejmuje się innymi. Zwłaszcza dziećmi. Dla dzieci jest w stanie zrobić wszystko. Zaczyna rozumieć, że pieniądze nie są najważniejsze. Jego lekkoduszne zachowania zmieniają się w bardziej przemyślane i odpowiedzialne. I dla mnie to on jest wielkim przegranym serialu. Jego życie nigdy się nie układa. Nawet wtedy, kiedy myśli, że jest już dobrze, zawsze coś sprawia, że wszystko się odwraca. Nie dane mu było zaznać długotrwałego szczęścia. Za to to on najczęściej dostarcza nam śmieszne, niezapomniane sceny. I to przez niego mam teraz w głowie jego głos mówiący „bitch” .
To niesamowite jak odwróciły się sposoby bycia dwóch głównych bohaterów. White z poukładanego i cichego staje się szaleńczy i zły. Jesse wręcz przeciwnie. Obaj zamieniają się rolami. Ich partnerstwo nie było łatwe, ale wytworzyło niesamowitą więź. Obaj są dla siebie ważni, martwią się o siebie. Dbają o to, by drugi żył, nawet, jeżeli ze sobą nie rozmawiają. To trudny związek, większości oparty na lojalności wobec siebie. Dlatego trudno mi się oglądało te odcinki, gdzie nie współpracowali ze sobą.
Warto wspomnieć też o reszcie bohaterów. Każda miała swój niepowtarzalny charakter. Każda wywoływała konkretne emocje. Dla mnie postać Hanka- szwagra Walta- była fantastyczna. Policjant, który za wszelką cenę dąży do rozwiązania zagadki kim jest Haisenberg. Jego nieustępliwość, stanowczość a za razem jakaś nieokreślona lekkość oraz poczucie humoru spowodowały, że od razu pokochałam tą postać. Jego rozumowanie przewyższało znacznie resztę policji. No i śpiewał Eye of the tiger! Skyler- żona White, nie należała do grona moich ulubieńców. Czasami miała przebłyski geniuszu. Była oddana, ale zazwyczaj strasznie mnie drażniła. Ich syn, Walter Jr emanował siłą i nie uległością. Gus był świetnym przeciwnikiem, którego spryt i rozumowanie wybiegało daleko w przód. Soul mistrzowski adwokat, który zagada człowieka na śmierć, ale wyciągnie cię praktycznie z każdej nieprzyjemnej sytuacji. Cudownie ogląda się taką różnorodność.
To niesamowite jak odwróciły się sposoby bycia dwóch głównych bohaterów. White z poukładanego i cichego staje się szaleńczy i zły. Jesse wręcz przeciwnie. Obaj zamieniają się rolami. Ich partnerstwo nie było łatwe, ale wytworzyło niesamowitą więź. Obaj są dla siebie ważni, martwią się o siebie. Dbają o to, by drugi żył, nawet, jeżeli ze sobą nie rozmawiają. To trudny związek, większości oparty na lojalności wobec siebie. Dlatego trudno mi się oglądało te odcinki, gdzie nie współpracowali ze sobą.
Warto wspomnieć też o reszcie bohaterów. Każda miała swój niepowtarzalny charakter. Każda wywoływała konkretne emocje. Dla mnie postać Hanka- szwagra Walta- była fantastyczna. Policjant, który za wszelką cenę dąży do rozwiązania zagadki kim jest Haisenberg. Jego nieustępliwość, stanowczość a za razem jakaś nieokreślona lekkość oraz poczucie humoru spowodowały, że od razu pokochałam tą postać. Jego rozumowanie przewyższało znacznie resztę policji. No i śpiewał Eye of the tiger! Skyler- żona White, nie należała do grona moich ulubieńców. Czasami miała przebłyski geniuszu. Była oddana, ale zazwyczaj strasznie mnie drażniła. Ich syn, Walter Jr emanował siłą i nie uległością. Gus był świetnym przeciwnikiem, którego spryt i rozumowanie wybiegało daleko w przód. Soul mistrzowski adwokat, który zagada człowieka na śmierć, ale wyciągnie cię praktycznie z każdej nieprzyjemnej sytuacji. Cudownie ogląda się taką różnorodność.
Nie tylko to co działo się na ekranie (czyli wciągające historie i genialni bohaterowie) spowodowało mój zachwyt. Podejście do realizacji serialu jest czarujące. Sceny zgrane z muzyką, retrospekcje na początku odcinków, które zostawały dopiero wytłumaczone pod koniec sezonu, szare sceny z kolorowymi elementami, moje ukochane ujęcia przez szybę, które dawały uczucie spojrzenia od dołu na bohaterów zza jakiegoś przedmiotu (np. spod wykopywanej ziemi). Co prawda zdarzały się absurdy, niekonsekwencje (kiedy idą namoczyć gąbki by zrobić baterię, ale wody przecież nie mieli), czasami lekko przynudzał. Ale ogólnie to mały pikuś. Zastanawiało mnie dlaczego wszyscy bohaterowie mają praktycznie jeden model telefonów i dlaczego większość głównych bohaterów musi być łysa (lub prawie łysa). Dodatkowo przyjemność czerpałam z komentarzy internatów pod stroną, na której oglądałam odcinki.
Bardzo trudno jest mi się rozstać z tak niesamowitym i magicznym serialem. Od samego oglądania chce się uczyć chemii (ale na szczęście na chceniu pozostaje). Zaskakujący i wbijający w fotel. Nie jest to serial, który traci brnąc dalej w nowe sezony. Całość idealnie zamknięta jest w 5 sezonach, które zwieńczone są pierwszorzędnym finałem. Jak dla mnie jednym z najlepszych.
Bardzo trudno jest mi się rozstać z tak niesamowitym i magicznym serialem. Od samego oglądania chce się uczyć chemii (ale na szczęście na chceniu pozostaje). Zaskakujący i wbijający w fotel. Nie jest to serial, który traci brnąc dalej w nowe sezony. Całość idealnie zamknięta jest w 5 sezonach, które zwieńczone są pierwszorzędnym finałem. Jak dla mnie jednym z najlepszych.
Sharllot


COMMENTS