Nie tylko Francuzi potrafią gotować. Amerykanie także i przekonują o tym w nowym filmie Szef, którego twórcą jak i odtwórcą głównej roli jest Jon Favreau znany bliżej z roli wiernego Hogana z Iron Man.
Szef jest komediodramatem kulinarnym, filmem-drogą w jednym. Reklamuje się przywołując znane nazwiska z Hollywood takie jak Scarlett Johansson, Dustin Hoffman czy Robert Downey Jr.. Jednak najważniejsze jest jedzenie, gotowanie i muzyka, bez której nie da się gotować.

Carl Casper jest szefem renomowanej restauracji w LA. Podchodzi do gotowania z wielką pasja, miłością wręcz czcią. Nie ma dla niego ważniejszej  rzeczy od gotowania. Nawet syn Percy schodzi na drugi plan, gdy restaurację ma odwiedzić znany krytyk kulinarny Ramsey Michel. Carl na tę okazję wymyśla całkiem nowe menu. Właściciel restauracji Riva stawia na sprawdzone dania. Ma dość eksperymentów Carla po nieudanych próbach wprowadzenia grasicy i flaków. Kuchnia serwuje znane jajka z kawiorem, a na deser czekoladową lawę. Krytyk nie oszczędza Carla, a rozgoryczony szef nie znając zasad internetu i Twittera rzuca wyzwanie Ramseyowi: specjalne menu. Riva jednak widząc pełna salę każe Casperowi wybierać pomiędzy praca i nudnym menu a odejściem. Kulinarna duma każe odejść, a Ramsey puszcza kolejne niepochlebne wpisy na Twitterze o jajkach z kawiorem i czekoladowej lawie. Carl musi zacząć od nowa bez pracy, bez pieniędzy, z myślą, że musi poświęcić więcej czasu synowi. Wyjazd do Miami, miasta rodzinnego ex-wife i matki Percego jest początkiem nie tylko bycia ojcem 9 latka, także odkrycia na nowo radości z gotowania nawet fast-foodów, pokazania za co się kocha jedzenie i kiedy naprawdę zaczyna się przyjaźń.
Po wyjściu z kina czułam głód, nie tylko ujawniający się burczeniem w brzuchu i spoglądaniem z zazdrością na każdy kęs jedzenia znikający w ustach ludzi spotkanych na ulicy, ale także głodem, nienasyceniem filmem ujawniającym się po seansie. Owszem po samym wyjściu z kina czułam entuzjazm, podobało mi się. Mimo to gdy zaczęłam pisać, poczułam rozczarowanie i lekkie niezadowolenie z siebie samej, jak mogłam tego nie widzieć wcześniej. Film jest typowym filmem-drogą o odkrywaniu radości z robienia fast-foodów w foodtrucku czy poznawanie na czym polega rola bycia ojcem. Jednak to co zasłania tą szablonowość to właśnie nieszablonowe podejście do tematu. Bo nasi bohaterowie nie tylko jadą i karmią rzesze ludzi, ale jada i nadają sens robieniu jedzenia, które jest wyniesione do świętości. To najlepsze sceny, a najzabawniejsze jest to, że większość to nie restauracyjne, wykwintne dania na milion łyżek i widelców lecz niezwykle proste kanapki, które każdy może zrobić w domu, jeśli jak ja nie spali patelni. Koncepcja porn food jest zaburzona, same dania choć z czcią robione nie są zmysłową ucztą.

Smaczkiem, który zadowoli podniebienia uzależnionych od bycia online to obecność szerokopasmowego internetu, w postaci szerzącego się Facebooka i jego brata Twittera. Z uzależnienia nie trzeba się leczyć, wręcz przeciwnie. Film pokazuje same pozytywy posiadania fanpage'a, konta na Twitterze i codziennego uaktualniania statusu. Może zmylić początek, lecz to po prostu przestroga dla początkujących.

Szef to kolejna historia o gotowaniu, o zaczynaniu od początku który jest siedem razy lepszy od pierwotnego startu, o odzyskaniu miłości w koncepcji przez żołądek do serca, a wszystko to w foodtrucku i rytmach salsy.

Wymyślę coś jutro